Każdy kij ma dwa końce

Tyle osób poruszało już ten temat, że ja nie miałam zamiaru o nim pisać. Mam wrażenie, że wszystko już zostało napisane, a rodzice przyprowadzający chore dzieci do żłobków i przedszkoli, bo to o tym mowa, zostali już wystarczająco zlinczowani.

Jednak jak to w życiu bywa, każdy kij ma dwa końce.

Jestem teraz w luksusowej sytuacji. Pracuję w dużej mierze w domu i do tego mogę pracować jak dzieci już pójdą spać, więc jak któreś z nich zachoruje nie martwię się, że nie mam go z kim zostawić. Poza tym bardzo blisko mam dziadków, którzy w kryzysowych sytuacjach bardzo chętnie dziećmi się zaopiekują, ale nie zawsze tak było.

Tosieńka poszła do żłobka jak miała siedem miesięcy. Pracowałam wtedy na pełny etat, od godziny dziesiątej do osiemnastej. Nie pytajcie, co przeżyłam kiedy nie widywałam się z nią całymi dniami. A co ona przeżywała? Tego się nie dowiem. Efekt był taki, że w pewnym momencie moja córka miała lepszy kontakt z dziadkami niż ze mną, ale tym razem nie o tym.

Każda choroba Tosieńki, to był dla mnie mega stres i to nie ze względu na chore dziecko, ale po prostu nie wiedziałam z kim mam ją zostawić. Wziąć chorobowe? Zapomnij. Przez dziesięć lat mojej pracy, w jednej firmie, nie byłam na chorobowym. Tam brało się prochy i chodziło się chorym do pracy. Problem był nawet z urlopem. Pamiętam jak kiedyś nowa dziewczyna przyniosła L4, długo nie popracowała. Bałam się o pracę. Mieszkanie wynajmowane, małe dziecko, życie … Teraz pewnie inaczej bym postąpiła, ale wtedy lęk o stratę pracy był większy. I nie chodziło tu o pięcie się po szczeblach kariery, absolutnie nie.

Ratowałam się jak mogłam. O niańce nie było mowy chociażby ze względu na ciągłość pracy, a niańki też muszą za coś żyć. Udało mi się znaleźć koleżankę koleżanki. Odpowiadał jej taki system, ale w końcu przeprowadziła się do innego miasta. Raz czy dwa wpadła popilnować mojej chorej córeczki znajoma. Czasami pomagała babcia, bo też jeszcze pracowała. Sama brała urlop żeby zostać z Tosieńką.

Tosieńka chodziła więc z katarem do żłobka. Mieliśmy wtedy taką starszą panią pediatrę, której dzieci mieszkały w Anglii i zawsze wspominała nam o tym, że katar to nie choroba. Cóż Anglia Anglią, a my żyjemy w Polsce. Jednak wtedy tłumaczyłam sobie to własnie w ten sposób i puszczałam „chore” dziecko do żłobka.

Dzisiaj kiedy dzieci mają katar zostawiam je w domu i to nie ze względu na inne dzieci, ale ze względu na nie same. Katar też jest męczący i potrafi nieźle dać w kość.  Pozwalam im wtedy kilka dni poleniuchować w domu i się zregenerować.

A  w tym roku od września mieliśmy sporo takich sytuacji. Staś w tym roku poszedł do przedszkola. Pierwszy miesiąc w większości spędził w domu. Było tak; przedszkole dwa dni, choroba tydzień, przedszkole dwa dni choroba tydzień …

Nie szukałam winnych i nie patrzyłam krzywo na kaszlące dziecko, bo wiem, że po chorobie, jak dziecko jest już zdrowe kaszel potrafi się jeszcze odzywać. Czy Staś zaraził się w przedszkolu? Tego nie wiem. Może w sklepie, może na podwórku go przewiało, może …

I baaardzo współczuję rodzicom chorych dzieci. Nie każdy jest wyrachowanym szczurem pędzącym za karierą, dla którego jego dziecko jest mniej ważne niż praca. Większość, to kochający rodzice. I nie zrozumcie mnie źle. Nie popieram przyprowadzania chorych dzieci do placówek. I wiem też, że jak Wasze dziecko jest chore, to być może musicie się gimnastykować co zrobić w tej sytuacji. Jednak mam wrażenie, że dzieci wszystkie choroby przynoszą ze żłobka czy też przedszkola. Czy naprawdę nie można się zarazić w inny sposób?

Udostępnij na:
Facebooktwittergoogle_pluspinterest

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *