Są ludzie i …ludzie

Miało być o czymś innym, ale dzisiejsza sytuacja tak mnie nabuzowała, że muszę to z siebie wyrzucić.

Wiecie, nie jest łatwo. Od pięciu miesięcy mamy remont, i to nie jakieś tam malowanie, ale wyburzanie i prostowanie ścian, kłucie podłogi, robienie wylewki. Ciągnie się to już tak długo, że ja sama mam już mega kryzys, z którym walczę każdego dnia. Dzieci też już mają pewnie dość. Dla nich byłoby fajnie jak mogliby z panem popracować, a tutaj niestety napotykają wiecznie na opór, ponieważ nie pozwolimy im przecież bawić się niebezpiecznymi narzędziami, zaprawami itp.

Teraz przez tydzień Antoninka i Staś byli chorzy. Nie wychodziliśmy na podwórko nawet jak nam pogoda pozwalała. Na brykanie w mieszkaniu nie mają miejsca. Nasza przestrzeń ostatnio ogranicza się do poruszania się po  powierzchni materaca, który ma wymiary 140cm x 200cm.

Przez ostatnie dwa dni nie wiem czy to ja jestem w tak burzowym nastroju, czy to moje dzieci są tak rozbrykane, ale nie ogarniam. Z jednej strony rozumiem ich, i ich tłumaczę, ale z drugiej ciężko mi już czasami z nimi wytrzymać. Chce mi się wyć do księżyca, uuuuu.

Wczoraj byliśmy na krótkim spacerze. Dzisiaj wyszliśmy z domu na zakupy. Jeść musimy, a nie miałam ich z kim zastawić. Już są praktycznie zdrowi i mam nadzieję, że w poniedziałek pójdą już do przedszkola. Przed wejściem do sklepu mieliśmy oczywiście rozmowę, ale mimo tego wiedziałam, że dzisiaj może być ciężko. Niestety kolejka przy stanowisku mięsnym nie ułatwiała nam sytuacji. Jakoś dawaliśmy radę. Trzymałam dzieci za ręce i momentami miałam wrażenie, że pookręcają je dookoła mnie. Tak przetrwaliśmy trzy osoby. Została jeszcze przed nami jedna starsza pani. I w takiej sytuacji zastała nas znajoma z synem, najlepszym kolegą Stasia.

Puściłam dzieci i weszły w interakcję z kolegą, a ja z jego mamą rozmawiałam. Od czasu do czasu musiałyśmy uspokoić te nasze skarby, ale nie było tak źle. W pewnym monecie odwraca się do nas starsza pani i mówi, że się strasznie zachowujemy i że nie jesteśmy u siebie w domu, że nawet pani ekspedientka zrobiła minę na nasz hałas, a ona (ekspedientka) musi przez cały dzień pracować w takim warunkach … Nie pamiętam co jeszcze mówiła. Byłam zaskoczona, bo naprawdę nie uważam, że dzieci zachowywały się jakoś bardzo źle. Bywało gorzej. A może ja już jestem zahartowana. Odpowiedziałam coś tam Pani, popatrzyłam na znajomą, ona na mnie. Nie miałam czasu się rozwodzić nad sytuacją, bo musiałam zająć się dziećmi.

Przy kasie to się dopiero działo. Jakaś głupawka dopadła całą trójkę, a najbardziej Tosieńkę. Stasiowi spadł but, Tosia jak to zobaczyła specjalnie ściągnęła swojego i nie chciała go założyć. Powiem Wam, że nie miałam już sił reagować. Wyszliśmy ze sklepu. Znajoma mówi, że Tosieńka nie ma założonego buta. Odpowiedziałam, że wiem. Wiedziałam, że za chwile sama go założy. Szła kawałek w jednym bucie i potem zrobiła tak jak mówiłam.

Wróciłam do domu i dopiero zaczęłam się zastanawiać nad tą całą sytuacją ze starszą panią w sklepie. Byłam nabuzowana. Zadzwoniłam do znajomej i pytam się jak ona odebrała to całe zdarzenie? Czy dzieci rzeczywiście tak źle się zachowywały? Ona powiedziała, że nie, i sama była zaskoczona reakcją pani. Dziwiłam się, że nie zareagowała w tej sytuacji, ale powiedziała, że spojrzała na mnie, na mój spokój i uśmiech na twarzy, i się opanowała. Zaskoczona byłam, bo w tym momencie wewnętrznie się we mnie gotowało.

Nie wiem czy pani miała gorszy dzień, czy to kwestia wieku. Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że ten typ tak ma.

Przed sklepem byliśmy na poczcie. Była tam kolejka. Na poczcie stoi stolik i dwa krzesła. Na jednym krześle siedział staruszek. Staś powiedział, że chce usiąść. W momencie kiedy go sadzałam na wolne krzesło Pan powiedział, że może usiąść u niego na kolanach. Potem zaczął rozmawiać z Tosią i Stasiem. Dał Tosi kartkę i długopis. Zapytał, czy chce coś narysować. Tosieńka rysowała pieska. Mimo, że pan już załatwił swoje sprawy na poczcie czekał, aż Tosieńka skończy rysować. Wychodząc powiedział, że to śliczny piesek. Bił od niego taki spokój i ciepło. Miło było przebywać w pobliżu tego człowieka.

I takich ludzi na Waszej drodze Wam życzę.

Ufff, od razu mi lepiej.

 

 

Udostępnij na:
Facebooktwittergoogle_pluspinterest

Jedno przemyślenie nt. „Są ludzie i …ludzie”

  1. To nie wina dzieci. Niektorzy tak mają ze jak widzą ze dzieci nie stoją przy mamie jak żołnierz na Warcie (bo przecież powinny. Surowa dyscypplina dawnych lat. Dzieci powinny chodzić jak trybiki w zegarku ) to trzeba się czegoś przyczepić. Byle czego. Ja moja córkę od najmłodszych lat puszczam po sklepie. Robi co chce. Chodzi ogląda. Wie gdzie mnie znalesc. I nikt się nie czepia a jak by się czepiał to nie interesuje mnie to. Wiem ze moje dziecko nie broi nic nie zrzuci (nie rzucam hasła zostaw, nie ruszaj, raczej preferuje : popatrz. Widzisz te szklane słoiki i soki? Jak zrzucisz będziesz musiała posprzątać. I oddac poeniazki ze skarbonki zeby za nie zaplacic . I wyłożenie na tacy konsekwencji pewnych czynów ( np biegania po sklepie) daje super rezultaty ☺ ale dla starszego zgredzialego człowieka to szwedajace się samo po sklepie dziecko i na pewno nie grzeczne i na pewno narozrabia 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *